Obraz japońskiego, bądź chińskiego, mistrza sztuk walki każącego swojemu znudzonemu do bólu podopiecznemu parzyć herbatę w jak najbardziej powolny, dokładny i nudny sposób jest dość oklepany w naszej zachodniej kulturze. Młody uczeń musi odkryć w sobie jakąś drzemiącą moc, bądź nauczyć się kontrolować swoje ruchy, aby pokonać zło w walce na śmierć i życie. Myślał, że będzie ćwiczyć, walczyć i czarować, ale zamiast tego wielki mistrz nakazuje mu robić swoje pranie, parzyć naczynia i podlewać swoje kwiatki. W filmach amerykańskich zostało to już skarykaturyzowane do maksimum ku uciesze widza - lekki, śmieszkowy motyw zirytowanego nastolatka i zabawnego surowego mistrza świetnie się sprzedaje. A kung-fu fajnie brzmi, więc niech młody uczy się kung-fu.

 
No tyle tylko, że kung-fu wcale nie jest żadną sztuką walki. Gongfu (tak się to wymawia w Chinach) oznacza w języku chińskim osiągnięcie bardzo wysokiego poziomu umiejętności w jakiejś, jakiejkolwiek dziedzinie. Może to być parzenie herbaty, malowanie, bądź sztuka lub sport walki. Myślę, że dość dosadnie pokazuje to jak nasza zachodania, globalna, kapitalistyczna kultura może przekształcać i spłycać - dzięki amerykańskim filmom nawet w chinach kung-fu zaczęło oznaczać sztukę walki mimo to, że wtedy odwołuje się do sztuk walki wushu.

 
Wróćmy jednak do parzenia herbaty. Tej niezwykle nudnej, czasochłonnej, niepotrzebnie wydłużonej czynności. Kto ma na to czas? Przecież herbata sypana smakuje tak samo jak w torebkach - w końcu herbata to herbata. A trzeba ją jeszcze wypluwać, bo wchodzi w zęby jak się pije. Chyba, że się ją zaparzy w czajniczku, ale trzeba wtedy te liście stamtąd wydłubywać żeby czajniczek umyć. A przecież się nie chce, później się to zrobi, pewnie jak już spleśnieją. Na opakowaniach herbat jest napisane coś tam o jakiejś temperaturze parzenia, jakimś czasie parzenia, ile gramów na ile mililitrów wody. No ale kto się tym przejmuje? Po co tyle zachodu żeby się napić jakiejś herbaty, i tak smakuje tak samo. Dwie łyżeczki cukru, dobra trzy bo jakaś gorzka wyszła. Lepiej wrzucić saszetkę, zalać wrzątkiem, wypić i mieć z głowy. Stąd też bierze się irytacja wcześniej wspomnianego ucznia - no bo po co to wszytko?

 
Nie ma oczywiście niczego złego w takim piciu herbaty, sam pisząc popijam sobie właśnie szybko zrobioną malinową herbatkę z saszetki, którą zresztą bardzo lubię. Jednak mam wrażenie, że to taki właśnie styl cieszenia się herbatą, a analogicznie - przeżywania życia, jest nieproporcjonalnie przeważający, często nawet jedyny dla naszej zachodniej cywilizacji. Z jednej strony ciężko się dziwić - dwie wojny światowe nauczyły nas, że najważniejsze jest przetrwanie, wszystko inne to tylko zbędny dodatek. Później kapitalizm (u nas w Polsce był jeszcze komunizm, ale uogólniam dla większości zachodniego świata) nauczył nas, że czas to pieniądz, a te nie rosną na drzewach (kiedyś w azji skompresowane ciastka herbaty liściastej służyły za walutę, na syberii nawet do drugiej wojny światowej. Ha!). Ogromny nacisk na nauki ścisłe w XX wieku zasiał w nas z kolei pogląd, że jeżeli coś nie jest mierzalne, dosadne, rygorystycznie skategoryzowane to nie jest to istotne - swoisty rodzaj szumu, którym nie powinniśmy się przejmować. W końcu nie popycha ludzkości do przodu. Dzisiaj z kolei wielkie korporacje wpychają nam do głów korzystne dla siebie nawyki mając na celu jedynie mnożenie wartości swoich akcji, sprawiając, że stajemy się coraz mniej czuli na różne bodźce. Coraz więcej czasu spędzamy w ich aplikacjach, mimowolnie oglądając coraz to większe ilości reklam i spreparowanych specjalnie tak treści, abyśmy jak najdłużej tam zostali (syndrom jeszcze jednego mema, jeszcze jednego filmiku etc.). Dzięki temu naturalnie, powoli znieczulamy się na otaczający nas świat, w podobny sposób jak znieczulamy się na dźwięk tykającego w mieszkaniu zegara.

 
Więc wszystkie te wydarzenia, choć oczywiście nie tylko one, kształtują nasz ogólny światopogląd. Kształtują go u nas wszystkich, bowiem są to wydarzenia niemalże globalne i nie uciekniemy od nich nie odcinając się od reszty społeczeństwa. Światopogląd przechodził z naszych pradziadków na dziadków, z dziadków na rodziców, z rodziców na nas, a i z nas przejdzie na nasze potomstwo. Za każdym przejściem jednak ewoluuje, czerpiąc z przeżyć danych ludzi. Apeluję jednak, żeby zatrzymać się na chwilę i zastanowić, czy taki styl przeżywania życia jaki aktualnie przyjął się za normę jest dla nas korzystny.


No ale gdzie w tym wszystkim jest miejsce na herbatę i jakie ma ona znaczenie? Otóż prawdziwa, najgłębsza radość, podobnie jak w życiu, nie płynie tylko z efektu końcowego - żyli byśmy wtedy tylko po to, żeby w końcu umrzeć w jak najlepszy sposób. Skupiając się na każdym kroku parzenia herbaty, wykonując go z szacunkiem do herbaty i naczyń, zwracając uwagę na takie szczegóły jak przyjemne ciepło wstępnie ogrzanego wodą naczynia, zachowanie światła w czystej wodzie i w otoczeniu w którym się znajdujemy, zapach liści wsypanych do ogrzanego naczynia, czy jak tańczą zalane płynem tworząc napar, możemy cieszyć się tą podróżą. Wtedy proces przygotowania herbaty jest tak samo przyjemny jak samo jej picie, na które jednak też musimy się otworzyć - zdać sobie sprawę z tego jak ten moment przeżywamy, jak nasze zmysły reagują, jakie subtelne rzeczy, smaki czujemy. Okazuje się, że w ten sposób możemy poczuć więcej, czasami zaskakujące jest jak dużo.

 
Warto jest spróbować raz na jakiś czas, chociaż przez dwie minuty tak przeżywać życie. Zatrzymać się i pozwolić reszcie pędzić dalej, nie przejmując się, że zostanie się w tyle. Paradoksalnie, dzięki takiemu spowolnieniu możemy później iść o wiele dalej. I o to właśnie chodzi mistrzowi kung-fu parzenia herbaty, żeby przeżywać życie w pełni i cieszyć się nim nawet jak się poparzymy.